niedziela, 21 stycznia 2018

Trochę tej racji mam...

A dzisiaj się będę chwalić. Wiem, wiem… To do mnie niepodobne :-) Ale zleciłam sobie delikatną psychoterapię i w ramach podnoszenia sobie nastroju trochę się muszę pochwalić. No to się chwalę. Nie, zaraz… Może po kolei.

Zacznijmy od tego, że jakiś czas temu dopadłam książkę pewnego terapeuty rodzinnego, który utwierdził mnie w przekonaniu, że całkiem nieźle wychowuję moje dziecię.

Teraz się pewnie uśmiechniecie pod nosem i pomyślicie: no tak, na rynku jest tyle poradników, że każdy w końcu trafi na taki, który będzie mu pasował i będzie potwierdzeniem jego metod wychowawczych. Ale powiem Wam, że książka, którą przeczytałam, spodobała mi się nie dlatego, że nagle jakiś psycholog napisał, że postępuję właściwie. Spodobała mi się, bo skłoniła mnie do przemyśleń i dzięki temu dowiedziałam się wielu rzeczy o sobie jako matce, żonie, córce… I że jeszcze wiele pracy przede mną – nie nad dzieckiem, ale nad sobą.

Bo jeśli porządnie zajmę się sobą, to będę lepiej i mądrzej wychowywać swoje dziecko.

Książka nie jest odpowiedzią na pytanie, dlaczego nasze dzieci tak nam dają popalić i jak nad nimi zapanować. To taka trochę wywrotowa teoria, ale dzięki potraktowaniu problemu z drugiej strony, inaczej zaczyna się patrzeć na rodzicielstwo. Dowiedziałam się bowiem, że problemy wychowawcze z dziećmi mają źródło w nas, rodzicach. Ha! Ależ brednie! Czyżby?

Wiecie, przeanalizowałam sobie kilka problemów, które moja córka mi sprawiła. Przeczytawszy książkę od deski do deski, nie sposób było nie zgodzić się z teorią głoszoną przez jej autora: nasze nerwowe reakcje mają swe źródło w lękach i obawach, które siedzą w nas głęboko. Kiedy widzimy nasze dziecko nad przepaścią (np. dwulatek włażący na schody po zewnętrznej stronie barierki), pierwszym naszym odruchem jest panika, że zleci i złamie sobie kark. Cóż, taka sytuacja została opisana przez samego autora. Co zrobił? O dziwo, zachował spokój zewnętrzny (mimo wewnętrznego przerażenia), powoli podszedł do syna i ściągnął go ze schodów. Ale opisał napad paniki i szybką analizę tego, co mogło się stać.

Ja nauczyłam się kontrolować swój poziom stresu i frustracji. To znaczy, umiem już (w przybliżeniu) przewidzieć, kiedy w końcu mnie trafi szlag. Zanim więc nawrzeszczę na moje kochane i cudowne dziecko, przynajmniej je potrafię ostrzec, że za sekundę je okrzyczę. To był żarcik! Staram się nie krzyczeć. To przesłanie tego poradnika „Wychowanie bez krzyku”. Bo autor sam nawrzeszczał na swoje dziecko i to go skłoniło do napisania tej książki. Jesteśmy tylko ludźmi i nasze zasoby cierpliwości są ograniczone – dla niektórych są one mniejsze, dla innych większe. Ale każda cierpliwość kiedyś się kończy, bo nasze pociechy mają wyjątkowy talent do wykańczania swoich rodziców.

Pomyślcie sobie o takim ćwiczeniu dla siebie, jak przyjdzie ta chwila, kiedy będziecie mieć wrażenie, że zaraz wyjdziecie z siebie i staniecie obok. Stańcie obok. Spójrzcie na siebie, wrzeszczących na swoje kochane dzieci. KOCHANE dzieci. I zastanówcie się, czemu na nie krzyczycie. Bo być może – po prostu BYĆ MOŻE – jesteście tylko zmęczeni…

piątek, 29 grudnia 2017

Książki – to się opłaca

Pamiętacie, kiedy pisałam o czytaniu dziecku książek? Od tamtej pory minęło trochę czasu (prawie pięć lat!) i mogę się dzisiaj z Wami podzielić refleksją, że było warto!
Do napisania tego posta zainspirowała mnie historia, którą jakiś miesiąc temu ktoś nagłośnił (jakiś portal wyciągnął sensację z Facebooka). A dotyczyła ona tatusia, który czyta dziecku książkę podczas jazdy MPK. No cóż… Ja też spotykam w MPK jakiegoś tatusia, który czyta swojej trzyletniej (na oko) córeczce. Ja sama czytam córce w MPK. Sadzam ją sobie na kolanach (zajmujemy wtedy mniej miejsca i ktoś może sobie usiąść) i czytam do ucha.
Przeczytałyśmy tak cały cykl „Opowieści z Narnii” – wszystkie siedem części. Czytujemy opowiadania o Bolku i Lolku, baśnie Andersena, „Wesołe historie” Ewy Szelburg-Zarembiny, a ostatnio zaczytywałyśmy kilka razy z rzędu pierwszy odcinek „Miraculum: Biedronka i Czarny Kot”, bo opowiadania na podstawie odcinków zaczęły wychodzić w wersji książkowej. Oczywiście do MPK biorę książki w wydaniu kieszonkowym. Nie wyobrażam sobie jazdy z księgą z baśniami Andersena…
Kiedy jesteśmy u moich rodziców, czytamy też bajki słowackie, które zebrał w XIX w. Paweł Dobšinský. W wydaniu, które posiadamy, praktycznie nie ma obrazków. Za to jest ze trzydzieści bajek. W większości znalazłoby się sporo podobieństw do baśni spisanych przez Braci Grimm czy Charlesa Perraulta. Wychodzi na to, że podawane z pokolenia na pokolenie baśnie ludowe w wielu krajach były bardzo podobne do siebie.
Czytanie na dobranoc jest naszym zwyczajem, ale też nagrodą. Bywają wieczory, kiedy moje tryskające energią dziecko traci wszelkie siły witalne na hasło „mycie zębów” albo „przebieranie”. Nagle jakby ktoś odciął jej zasilanie i pada w sekundę. Najlepiej na środku pokoju. Obietnica czytania bajki jest jednak bardzo dobrym motywatorem. I udaje się nakłonić to padnięte biedactwo do ostatniego wysiłku. Jakby ktoś nie wyczytał między wierszami – to padnięcie to element gry aktorskiej. Bo mamy teraz etap badania, jak daleko można się posunąć w manipulacji i co da się wynegocjować. O negocjacjach też kiedyś napiszę, bo jestem teraz specjalistką w tym zakresie. Ale to zostawię na następny raz.
Zachęcam do czytania naszym pociechom!


Matka Polka

niedziela, 17 grudnia 2017

Sprzątanie po przeprowadzce

Witajcie na moim blogu, którego przeniosłam z platformy blog.pl. Mam nadzieję, że życie Bloggera będzie dłuższe.
Zaraz po przenosinach zauważyłam, że nie wszystko udało się tak pięknie, jakbym chciała. Choć i tak muszę być bardziej niż wdzięczna za pomocne narzędzia, dzięki którym mogłam wyeksportować zawartość "Bejbika", przekonwertować format na przyjazny Bloggerowi i cieszyć się całym kilkuletnim dorobkiem załadowanym w nowym otoczeniu. Wszystko w ciągu niecałej godziny!
Teraz przede mną trudna praca - niestety formatowanie tekstu ciężko zniosło te procesy i teraz teksty wyglądają tak, jak wyglądają. Muszę je przejrzeć jeden po drugim.

Dlatego chciałam przeprosić za obecny wygląd moich postów. Postaram się szybko doprowadzić je do porządku!

Do zobaczenia,
Matka Polka