Posty

Czego rodzic może nauczyć się z bajek...

Po raz kolejny zaskakuję sama siebie. Już kiedyś radziłam na moim blogu, żeby oglądać bajki z dzieckiem. I trzymam się tej zasady w życiu codziennym – ma to jeszcze dodatkową zaletę, że łatwiej wtedy kontrolować czas, jaki dziecko poświęca na oglądanie telewizji. To znaczy, jeśli sami mamy już dość oglądania, to znaczy, że dziecku już naprawdę wystarczy. Ostatnio odkryłam, że dorosły człowiek też może się czegoś nauczyć z bajek. Obejrzałam z moją córeczką bajkę pt. „Dzwoneczek i uczynne wróżki”. Jest tam dziewięcioletnia dziewczynka imieniem Lizzy, która wierzy we wróżki, jednak nie może do ich istnienia przekonać swojego taty, który jest naukowcem i wierzy tylko w to, co można zobaczyć, zmierzyć i zważyć. Ale nie zamierzam się tu rozpisywać na temat fabuły. Chodzi mi o kilka fragmentów, w których zapracowany tata nie ma czasu dla swojego rozszczebiotanego dziecka. Przyznajcie się sami przed sobą, ileż to razy wyrwały Wam się słowa: „Jestem zajęty/a”, „Muszę przygotować coś p...

Chorobowe

Kto nie ma dzieci, ten nie zrozumie. Kto ma – wie doskonale, o czym mówię. Bo kto nie był zmuszony wziąć choć raz opieki nad chorym dzieckiem… Punkt widzenia osób nie-dzieciatych: „no i znowu na chorobowym!”, „co to dziecko tak ciągle mu/jej choruje?”, „może by zmienił/a lekarza?”, „może coś nie tak z tym dzieckiem?” etc. Punkt widzenia osób dzieciatych: „znowu będą się wściekać w pracy”. Ale co tu robić, kiedy z nosa się leje, gardło czerwone, gorączka średnio po 38 stopni, a w przedszkolu co drugie dziecko wydaje z siebie charkot gruźlika. Kiedy to się stało, że przeciętny rodzic ma wyrzuty sumienia, bo podejmuje jedyną możliwą decyzję, czyli zostaje z dzieckiem w domu? To, o czym piszę, nie dotyczy sytuacji na rynku pracy. Bo nie chodzi mi tutaj o niepewność zatrudnienia i konieczność wykazania się przed pracodawcą pełną dyspozycyjnością. Chodzi mi o podejście współpracowników, którzy muszą zastąpić w pracy kolegę lub koleżankę biorących opiekę nad chorym dzieckiem. Wiad...

Nowy rok czas zacząć

No i nastał nam Nowy Rok! Jakby się odwołać do analogii – nowego zeszytu, w którym będziemy notować nasze życie – to zastanawiam się, czy zaczynacie w takim zeszycie pisać od zera (tabula rasa), czy raczej odwołujecie się do poprzednich zeszytów i taszczycie je ze sobą, a każdego roku przybywa Wam kolejny. Ja zazwyczaj byłam tym taszczącym bagaż doświadczeń lat poprzednich. Generalnie trudno mi się rozstawać z przeszłością, pamiątkami, ludźmi… I nigdy tak naprawdę nie odcinałam się od przeszłości, nie zamykałam poprzednich rozdziałów z przytupem. Nie, to wszystko zawsze ciągnęło się za mną. W tym roku chyba po raz pierwszy zapragnęłam zacząć od nowego zeszytu. No wiecie… Takiego, jaki podpisuje się imieniem i nazwiskiem pod koniec wakacji przed nowym rokiem szkolnym. Czystego, niesplamionego pisanymi na szybko notatkami, przekreśleniami, ocenami nauczyciela… Nie chodzi mi o to, że chcę się odciąć od mojej przeszłości. Przecież stanowi spory kawałek mnie i wpływa na wiele m...

Czas dla siebie

Dziś naszła mnie myśl, jak my – rodzice – jesteśmy skrzywieni przez obyczaje. Przepraszam za określenie „skrzywieni”, ale inne nie przychodzi mi do głowy. A zaraz Wam wyjaśnię, co mam na myśli. Niedawno byłam w delegacji służbowej i mogłam po raz pierwszy od miesięcy zjeść leniwe śniadanie i pójść na popołudniowy spacer na miasto – zupełnie w samotności. Było to dla mnie tak dziwne uczucie, że aż skłoniło mnie do refleksji. Czy nie jest tak, że niemal każdy rodzic czuje wyrzuty sumienia natychmiast po tym, kiedy zrobi coś tylko dla siebie? Bo czas poświęcony sobie jest czasem, z którego obrabowaliśmy nasze dzieci lub/i swoją połówkę. Nie zrozumcie mnie źle. Nie zamieniłabym swojego życia, które mam, na egzystencję singla, który ma czas na swoje hobby, rozwój czy podróże. Ale raz na jakiś czas dobrze jest sobie przypomnieć, że poza byciem żoną i matką, jestem też przecież sobą… Wtedy po prostu miałam jedno popołudnie całkowicie dla siebie, kiedy mogłam nie myśleć o całej logist...